informacjetekstytreningitatuazegraffitiwlepkiforumlinkigaleriakontakt
  Wrocław Wroclaw
MPK  PKP  PKS
DLA   TAXI
Wrocław Wroclaw
plany miasta
1  2  3   4  
Wrocław Wroclaw
bramki sms
Orange  PlusGSM

EraGSM Wrocław Wroclaw
bary    puby
sklepy monopolowe
Wrocław

wroclawianie.info > teksty

redakcja : Tytuł Twojej nowej książki "Jak pokochałem Adolfa Hitlera" to intelektualna prowokacja czy faktyczny wyraz sympatii dla Fuehrera?

Roman Zieliński : Powiem dość przewrotnie, że najlepszą odpowiedzią na to pytanie jest... sama książka. Podejrzewam, że wszyscy, którzy przebrną przez nią ze zrozumieniem, sami będą mieli zagwozdkę. Dostaną intelektualnego kopa. Osobiście jestem zafascynowany osobowością Fuehrera. Wyczytałem niemal wszystkie książki ludzi, którzy się z nim stykali na co dzień, a którzy przeżyli wojnę i potem spisali swoje wspomnienia. Autorami takich książek byli: adiutant Hitlera do spraw Luftwaffe, Nicolaus von Below, sekretarki (dwie z czterech, jakie Hitler miał) Christa Schroeder i Traudl Junge, jego główny architekt Albert Speer (był ulubieńcem Fuehrera, który sam miał kota na punkcie architektury. W trakcie wojny Speer został ministrem uzbrojenia Rzeszy). Postać Hitlera przewija się w innych przeczytanych przeze mnie wspomnieniach: Waltera Schellenberga, z SD, generała Erich von Mansteina z Werhmachtu... Wszyscy którzy się z Hitlerem zetknęli, byli pod wpływem jego osobowości. Nie było takich, którzy przechodzili obok niego obojętnie. Gość miał w sobie to "coś". Niewiele takich osobowości przychodzi na świat. Natomiast ludzi żyjących obecnie osobowość Hitlera obchodzi mało, za to obchodzą ich czyny wodza Trzeciej Rzeszy. I na tym polu jest coś, co mu zawdzięczamy. Wszyscy, bez wyjątku. Nie ja to odkryłem, lecz przyswoiłem sobie informacje, jakie inni wygrzebali z historii. A co dziwne, wiedza owa jest przez uznanych historyków bezczelnie pomijana. Opisałem to, opisałem w książce pod prowokującym tytułem. Jednak ów tytuł nie odbiega od rzeczywistości.

redakcja : Jedno to mieć poglądy, a drugie je głosić i popularyzować. Co było impulsem do tego, żeby napisać książkę manifestującą Twoje poglądy ?

Roman Zieliński : - W zasadzie mogę powtórzyć pierwsze zdanie z odpowiedzi na poprzednie pytanie: najlepszą odpowiedzią jest... sama książka. Tam opisałem, co spowodowało iż doznałem przeświadczenia, że mam coś w tej materii do powiedzenia. A ponieważ nie jestem historykiem, nie jestem jakimś szczególnym autorytetem, który własne olśnienie mógłby przekazać na szerszą skalę za pośrednictwem ogólnodostępnych mediów, więc postanowiłem napisać książkę. Jeśli choć kilka osób zrozumie, jak bliscy byliśmy katastrofy na niewyobrażalną skalę i jak blisko jesteśmy obecnie wobec innej katastrofy, to będzie moje zwycięstwo.

redakcja : Uważasz, że Polska powinna była brać udział w pakcie antykominternowskim zamiast "nie oddawać ani guzika" obstając za swoimi angielskimi i francuskimi "sojusznikami" ?

Roman Zieliński : Gdybym żył w tamtych czasach, to pewnie popierałbym politykę ówczesnego ministra spraw zagranicznych, Józefa Becka. Bo nasza narodowa dusza rogata jest i basta. Moja dusza też ma rogi. Zatem można było siedzieć między Ruskim młotem a hitlerowskim kowadłem z piersią wypchniętą do przodu, ostentacyjnie pokazując owe guziki i głosić hasła o ich nienaruszalnosci. Jednak politycy powinni być pragmatykami. Polsce tego pragmatyzmu zabrakło. Tu kłania się matematyka: dwa lata po podzieleniu Polski przez Hitlera i Stalina, ich armie starły się ze sobą. Na śmierć i życie ruszyło na siebie 26 i pół tysiąca czołgów. A ile czołgów miała Polska 1 września 1939 roku? Wielu z Czytelników teraz zdziwi się niepomiernie: otóż Polska nie miała czołgów, nie miała także dział przeciwpancernych do ich niszczenia. Jaką wojnę można było wygrać posiadając parę armat, trochę samolotów, trzy niszczyciele w dwóch portach? Chyba tylko z Litwą, która była równie "dobrze" uzbrojona. Bo już na tle armii czechosłowackiej nasz stan uzbrojenia był śmieszny.
5 stycznia 1939 roku Beck odwiedził Hitlera, a ten złożył Polsce odpowiednie propozycje. Mogliśmy pójść z Niemcami na Stalina. Nie skorzystaliśmy z tego zaproszenia. Jak na tym wyszliśmy? Sowieci, z którymi nie byliśmy w stanie wojny, zagarnęli ponad połowę przedwojennego terytorium kraju, na pół wieku straciliśmy niepodległość. Los Rumunów, Bułgarów, Słowaków czy Węgrów, którzy poszli z Hitlerem, wcale nie był gorszy od naszego. W czasie wojny wręcz lepszy.
Jak wyszliśmy na liczeniu na sojuszników, czyli na deklaracjach Francuzów i Anglików, teraz wiemy doskonale. Najgorsze jest to, że przewidujący politycy z końca lat trzydziestych XX wieku doskonale wiedzieli, ze nie można było na nich liczyć. Jednak podjęto decyzje stawiające na bezwzględnych Anglików i tchórzliwych Francuzów, którzy w chwili najważniejszej próby najzwyczajniej nas olali.

redakcja : Oś Berlin-Rzym-Warszawa-Tokyo ? Czy to możliwe przy antypolskiej i antysłowiańskiej frazeologii III Rzeszy ?

Roman Zieliński : Nie żartujmy, żeby należeć do paktu, jakiegokolwiek, trzeba było dysponować siłą. A jaka była w 1939 polska siła, przedstawiłem w odpowiedzi na poprzednie pytanie. Mieliśmy tylko żołnierzy i broń ręczną. Natomiast z tą antysłowiańskością hitlerowskich Niemiec lekko przesadzamy. Czesi to są Słowianie, identycznie jak Słowacy, Ukraińcy, Bułgarzy. W stosunku do tych nacji Hitler zachowywał się różnie. W zależności od tego, jaką postawę do Rzeszy przyjmowali Czesi, Słowacy, Ukraińcy czy Bułgarzy.
Próbowałem dotrzeć do materiałów dokumentujących hitlerowskie zbrodnie na terenie Czech. Poza jednym przypadkiem, Lidic, gdzie wymordowano całą wioskę, takich przykładów nie ma. A Lidice to szczególny przypadek, tam ukrywali się dwaj zamachowcy, którzy zaatakowali i ostatecznie śmiertelnie ranili ówczesnego szefa SD Reinharda Heydricha. Jednego z bardziej zdolnych hitlerowców. Ten przypadek jest symptomatyczny, otóż był jedynym, w którym Anglicy zorganizowali zamach na hitlerowskiego dygnitarza, wszakże specjalnie po to zrzucono do Czech dwóch czeskich komandosów. Chodziło o to, że SD konkurowała z Abwehrą na polu wywiadowczym. SD była skuteczniejsza, natomiast szef Abwehry, Wilhelm Canaris prowadził podwójną grę. Informował... Brytyjczyków o politycznych i strategicznych ruchach Hitlera. Był niemieckim zdrajcą. Aby ratować podupadającą pozycję Canarisa Brytyjczycy postanowili zgładzić Heydricha. Zrobili to czeskimi rękami na terenie Czech. A w odwecie Niemcy zrobili masakrę w Lidicach. Przypadek tej podpraskiej wioski pokazuje kilka rzeczy. Bezwzględność hitlerowców w przypadkach zagrożenia, ale również perfidię polityki Anglików. Dla ratowania własnego źródła informacji potrafili ściągnąć na innych niebezpieczeństwo i w ostateczności - śmierć. Bo doskonale wiedzieli jakie będą konsekwencje owej akcji.
Generalnie w Czechach Niemcy byli grzeczni i spokojni. Bo tam nie było ruchu oporu. W Polsce było inaczej, bo chociaż Polska skapitulowała, to Polacy strzelali do Niemców. Wyobraźmy sobie, że Baskowie strzelają obecnie do Hiszpanów, Irlandczycy w Belfaście robią to samo z Brytyjczykami, że Albańczycy zza węgła trafiają w Serbów w Kosowie. W tym ostatnim przypadku może być odwrotnie. Natychmiast podniosłyby się głosy o terrorystach. Historie piszą zwycięzcy, zatem po II wojnie światowej Niemcy w jej układaniu głosu nie mieli. Dlatego polska czy sowiecka partyzantka była czymś godnym naśladowania, czystym moralnie, jest aprobowana. Bandytami są zwalczający ją Niemcy. Identyczna polska partyzantka po 1945 roku, aż do roku 1989 była ugrupowaniem bandyckim. Obecnie jest uznawana za niepodległościową.
Osobiście nie przeczytałem "Mein Kampf", jest napisane zbyt ciężkim językiem. Ale Suworow (ten od "Akwarium", "Żołnierzy wolności", "Lodołamacza" czy "GRU") twierdzi, że przeczytał. Wierzę mu, bo jak z rękawa strzela cytatami z wszystkich możliwych dzieł związanych z II wojną światową. I wiesz, co stwierdził Suworow? Że Hitler tak naprawdę tę książkę poświęcił rewizji traktatu wersalskiego i że głównie wymierzona jest we Francję.

redakcja : Z historią II wojny światowej, tą historią zakazaną przez polityczną poprawność, wiąże się nierozerwalnie temat rewizjonizmu tzw. "holocaustu". Jaki masz stosunek do ludzi, takich jak Irving czy Ratajczak. Oni wykazywali w swoich publikacjach inne, najczęściej zaniżone w stosunku do oficjalnych, dane co do ilości ofiar. Negowali także część metod, jakich rzekomo używać mieli Niemcy.

Roman Zieliński : - Prawdę powiedziawszy sprawą holocaustu nigdy specjalnie się nie interesowałem. Jednak dotarłem do jakichś publikacji, w których udowadniano, że zgładzenie ilości ludzi, o jakiej mówi się oficjalnie, nie było fizycznie możliwe. Nie będę z tym polemizował. Jednak dokładnie odbierając przekazy historyczne podawane przez mass media i konfrontując je z relacjami świadków, dostrzegłem wiele nielogiczności. Życie w komunie nauczyło mnie, iż przekabacić można wszystko, wszystko można tak zakłamać, że prawda, choć obiektywna, zdaje się być niedorzecznością. Zatem wcale bym się nie zdziwił, gdyby na jaw wyszło wiele rzeczy, które zburzyłyby znany nam obraz holocaustu. Wcześniej podałem przykład "Mein Kampf", który ponoć jest głównie antyfrancuski. Zapytałem bardzo wiele osób, czy czytało "Mein Kampf", okazuje się, że nikt tego nie czytał. A mimo wszystko każdemu się wydaje, że jest to publikacja antypolska, antysłowiańska. Żyjemy w świecie mitów podawanych nam na tacy przez media. Łykamy informacje i nie zdajemy sobie sprawy, że w znakomitej większości jest to intelektualny chłam mający nam zrobić papkę z mózgu. Wmawiają nam, że ci są "cacy", a tamci "be". Najlepszy przykład mieliśmy z pomarańczową rewolucją na Ukrainie. Wmówili nam, że musimy być pomarańczowi, bo to jest wolność dla bratniego narodu. Tymczasem prawda jest dwudrogowa. Po pierwsze, czy do władzy w Kijowie dorwać się miała banda pomarańczowa, czy biało - niebieska, to i tak nie ma żadnego znaczenia dla przeciętnego Ukraińca. Za to dla Polski, faktycznie, jest lepiej, że wygrali pomarańczowi. Ale nie o wolność Ukrainy nam chodziło, tylko o wyrwanie 60-milionowego narodu spod wpływów Moskwy. To i tylko to było ważne dla Polski. Identycznie jest obecnie na Białorusi. Wmawia się nam, że chodzi o wolność tego kraju. A jedyną rzeczą o jaką chodzi nam faktycznie, to wyrwanie Mińska spod kurateli Moskwy. Tak, żeby osłabić Rosjan, którzy są naszymi wrogami, wrogami byli i wrogami pozostaną.
Albo sprawa Iraku. Podobno chodziło o demokrację i wolność, a tak naprawdę istotna jest ropa. Za Saddama w Iraku nie było wolności, ale był jako taki spokój. Teraz nie ma ani spokoju, ani wolności. Ale ropa płynie za ocean w odpowiednich cenach i odpowiedniej ilości, tak naprawdę tylko to jest istotne. Nie tak daleko od Iraku, w Sudanie trwa wojna domowa, ludzie giną masowo i nikogo w USA, Wielkiej Brytanii ani w Polsce to nie obchodzi.
Sorry za dygresje, ale one pokazują najlepiej, że zadane pytanie może przynieść nader interesujące odpowiedzi.
Jeśli chodzi o nazwiska, które wymieniłeś, to powiem coś, co pewnie Cię zdziwi. Raczej nie czytuję historyków, a jeśli już czytuję, to z przymrużeniem oka. Historycy to ludzie, którzy historię znają z drugiej ręki. Wolę czytać relację świadków wydarzeń. Wytłumaczę to na przykładzie: nie wiadomo, ile jest książek o Hitlerze. Tysiąc? Dziesięć tysięcy? A ilu autorów tych publikacji spotkało się ze swoim bohaterem? Spośród historyków - żaden. Opierali się na źródłach, czyli na tych samych publikacjach, do których i ja dotarłem, a które wymieniłem wcześniej.

redakcja : Z Twoich wypowiedzi wynika, że interesujesz się i lubisz historię. Ale chyba Twoja wersja historii jest nieco odmienna od ogólnie przyjętej "jedynej, prawdziwej i niepodważalnej" ?

Roman Zieliński : Zgadza się. Miedzy innymi właśnie to próbowałem udowodnić w poprzedniej odpowiedzi.

redakcja : Wiem, że zdajesz sobie sprawę z tego, jakie kontrowersje wywołuje zapowiedź książki i jakie wywoła ona sama po ukazaniu się. Spakowałeś już ciepłą bieliznę i szczoteczkę na wypadek przyjęcia zaszczytnego tytułu "Pierwszego więźnia politycznego IV RP" ?

Roman Zieliński : Przede wszystkim szału dostaną Michniki i cwaniaczki z mojej "ulubionej" Platformy Obywatelskiej. Murzynofile będą mieli powód obwołania mnie naczelnym skinem Rzeczpospolitej, choć nie poczuwam się do przynależności do tej subkultury. Osrają się geje i ich protektorzy. Stowarzyszenia propedalskie pewnie będą obwozić egzemplarz książki po wszystkich możliwych instytucjach i będą wyciągali dotacje na zwalczanie mnie i moich poglądów. Jakby coś, to chętnie pójdę pod sąd. Jak przyjdzie mi posiedzieć, to posiedzę. Ostatnio lubię poleniuchować, więc jeśli pójdę na jakiś czas na państwowy wikt, rozpaczał nad sobą nie będę. A szczoteczki nie noszę, mam rodzinę, mam kumpli, w razie czego podeślą.

redakcja : Póki co Twoja wolność nie ograniczyła się do więziennego spacerniaka, więc zadam jeszcze kilka pytań, tym razem na nieco inne tematy. Jak ma się sprawa flagi "Skinheads" ? Kiedy można spodziewać się konfrontacji z PZPN ?

Roman Zieliński : Może wyjaśnimy o co chodzi. Polski Związek Piłki Nożnej przyczepił się do flagi jednego z ugrupowań kibiców Śląska Wrocław. To zielono - czerwone płótno z białym napisem "Skinheads" uznano za przejaw rasizmu, faszyzmu i nacjonalizmu. Tymczasem we Wrocławiu zarejestrowano Stowarzyszenie Krzewienia I Nauczania Honoru Etyki Afirmacji Ducha Sportu. Wystarczy przeczytać pierwsze litery nazwy i natychmiast robi się interesująco. Można stwierdzić, że flagę zalegalizowano. A teraz odpowiedź na pytanie: tak, można się spodziewać konfrontacji. PZPN jest zdominowany przez jakieś dziwne, propedalskie lobby, zatem nawet uprawomocnienie się flagi nie będzie przeszkodą w nakładaniu na klub kolejnych kar. Jednak jeśli PZPN faktycznie nałoży na Śląsk karę za tą flagę, wówczas trzeba będzie wystąpić przeciwko PZPN-owi do sądu. Tylko, że stroną skarżącą nie może być klub, bo jeśli do sądu poszedłby Śląsk, wówczas natychmiast zaczęły by się sypać przeciwko drużynie karne w samych końcówkach meczów, gracze Śląska otrzymywaliby seriami czerwone kartki itp. itd. Skarżyć PZPN będą członkowie Stowarzyszenia. Zobaczymy, jaka wówczas będzie postawa PZPN-u, jakich argumentów będzie używać jeden z ostatnich bastionów komunizmu w Polsce. Aha, żeby było jasne: ja nie jestem członkiem tegoż stowarzyszenia, ale im więcej jest wokół tej flagi smrodu, tym bardziej staję się jej zwolennikiem.

redakcja : Co myślisz o wykopywaniu rasizmu ze stadionu i ludziach, którzy takie akcje popularyzują wraz PZPN ? We Wrocławiu tego typu wymysły chyba nie padają na podatny grunt ?

Roman Zieliński : Jednak będziesz musiał przeczytać książkę. Tu stwierdzę jedynie, że byłem kiedyś świadkiem interesującego zdarzenia. Opisałem je ze szczegółami. Po lekturze bohater historyjki, Murzyn, nie wzbudzi twojej sympatii, to gwarantuję. Powiem więcej, ta sytuacja i jej "bohater" nie wzbudzą sympatii nawet murzynofilów. Tyle, że oni znajdą wytłumaczenie, nawet wiem, jak zabrzmi: "Przecież tego nie musiał robić Murzyn, równie dobrze mógł ktoś biały." Problemem murzynolubnych jest fakt, że właśnie Murzyn okazał się skurwielem.

redakcja : Co sądzisz o czarnych piłkarzach i możliwości ich gry w klubach, choćby w Śląsku, lub reprezentacji narodowej ?

Roman Zieliński : Gra Olisadebe w reprezentacji narodowej to zwykłe oszustwo. Taki z niego Polak, jak ze mnie Marsjanin. Z nadaniem mu polskiego obywatelstwa zrobiono wałek, za który Kwaśniewski powinien osobiście odpowiedzieć przed polskim prawem. Gra Murzynów w polskich klubach to już problem bardziej złożony. Odpowiem następująco: generalnie uważam, że miejscem Murzynów jest Afryka. Tam powinni żyć, tam budować cywilizację. Gdybym miał pewność, że Murzyn przyjeżdża do Polski, żeby pograć w piłkę, a gdy skończy karierę to powróci w rodzinne strony, wówczas nie miałbym nic przeciwko ich grze w polskich klubach. Istnieje jednak pewien problem. Murzyni, jak już trafią do Europy, to nie sposób jest ich z niej wygonić. Nawet kijami. A tam, gdzie Murzynów zrobiło się za dużo, natychmiast zaczęły się problemy. Nie chcę, by te problemy dotykały w mojej Polsce ani mnie, ani moich dzieci, wnuków czy rodaków. Tymczasem różni pederaści wytykają palcami mówiących tak jak ja, krzycząc o rasizmie. Gdy za kilkadziesiąt lat w murzyńskiej dzielnicy polskiego miasta jakiś Murzyn kogoś zasztyletuje i dla zatarcia śladów podpali jego auto, to obecni murzynofile będą mówili o konieczności wdrażania programów pomocowych dla dyskryminowanych mniejszości narodowościowych. Patrzę w przyszłość i jestem mądrzejszy od Niemców, Francuzów, Holendrów czy Anglików, gdyż widzę, co się w tych krajach porobiło i z jakimi problemami rasowymi muszą się teraz borykać. W Polsce poważniejsze problemy rasowe czy religijne mnie już nie będą dotyczyć, nie dożyje tych czasów. Ale jeżeli aktualny trend się nie zmieni, to obecni kilkunastolatkowie zetkną się z rasowymi zamieszkami. I potem w niejednej rodzinie będzie płacz rodziców, nieszczęście bliskich, trumny, wieńce, pogrzeby. I będzie nienawiść. Po co to nam? Niech Murzyni zostaną w Afryce, Arabowie na Bliskim Wschodzie, a Polacy w Polsce. W naszym kraju bez Arabów i Murzynów jest wiele problemów których nie potrafimy rozwiązać. Gdy przybędą do nas czarne twarze lub wyznawcy Allacha, to liczba konfliktów nie tylko nie zmaleje, lecz jeszcze się zwiększy. Nie sadzę, żeby ktoś rozsądny chciał, aby tak się stało. Tyle, że między rozsądkiem a poprawnością polityczną jest wielka przepaść.

Roman Zieliński Roman Zieliński.
Jestem wrocławianinem. W tym mieście się urodziłem 28 stycznia 1961 roku i tu dorastałem. Tu skończyłem naukę w Technikum Mechanizacji Rolnictwa.
- Alem sobie szkołę wybrał, kapustę od zboża odróżniałem jeszcze zanim do niej poszedłem, traktor od kombajnu również. A teraz wiele więcej o rolnictwie nie wiem - śmieję się sam z siebie wspominając szkolne lata. Magistrem nie zostałem, bo właśnie się urodził syn i na studia nie starczyło ani czasu ani ochoty. Pracowałem jako listonosz, na budowie, założyłem firmę roznoszącą mleko, potem, już po polskim przełomie politycznym bawiłem się przez kilka miesięcy w gastarbeitera w Rzymie. Po powrocie zostałem dziennikarzem sportowym, lecz na koncie zaliczyłem także kilka tekstów o problematyce społecznej i obyczajowej.
Wcześniej, w 1974 roku trafiłem na stadion Śląska i natychmiast załapałem bakcyla futbolowego. Stałem się zagorzałym fanem sztandarowej, wrocławskiej drużyny. Za swój kibicowski chrzest uważam pierwszy mecz wyjazdowy, na który pojechałem do Warszawy 1 maja 1976 r. Śląsk wygrał wtedy w finale Pucharu Polski ze Stalą Mielec i w ten sposób zdobył swoje pierwsze w historii trofeum, a ja pierwsze ostrogi w kibicowskim życiu.
Kilka lat później stałem się jednym z liderów wrocławskich szalikowców. Przypadkiem, bo dotychczasowi wodzireje tak się narąbali w Krakowie przed meczem z Wisłą, że nie bardzo mieli siłę i ochotę dyrygować dopingiem. Wskazali mnie jako tego, który ma ich zastąpić, a że pilnowali by bractwo darło ryja, więc pobudzanie innych do śpiewu wypadło mi nadspodziewanie dobrze. I tak już zostało na dłużej.
Napisałem dwie książki, które stały się bestsellerami w światku subkultury fanatyków piłkarskich: "Pamiętnik kibica - ludzie z piętnem Heysel" (1993 r.) i "Liga chuliganów" (1996 r.) W 1995 roku zostałem członkiem zarządu Wojskowego Klubu Sportowego Śląsk Wrocław. Oczywiście nie miało to najmniejszego sensu, gdyż członkami zarządu powinni być ludzie potrafiący skołować pieniądze, duże pieniądze. A do tego się nie nadaję.
Futbol pozostał moją pasją do dziś. Jestem współtwórcą i redaktorem naczelnym dwutygodnika "Fan Śląsk", skierowanego do kibiców i pokazującego problemy tego środowiska. Przez pięć lat, do 2002 roku pismo wychodziło na papierze, od wiosny 2003 ukazuje się w internecie. Pod adresem fanslask.aha.pl - zapraszam.
Jestem członkiem zarządu Stowarzyszenia Wrocławski Klub Sympatyków "Śląsk". Katolik ze mnie jest niepraktykujący. Mam dwóch synów: Kordian to już dorosły mężczyzna, tylko patrzeć jak przerobi mnie na dziadka. A ośmioletni Cyryl jest skazany na futbol, bo obecną swoją kobietę, Bożenę, poznałem na stadionie.
Oprócz futbolu w stopniu większym od przeciętnego interesuję się historią, głównie najnowszą, socjologią i polityką, choć to nie jest pełen obraz moich zainteresowań. Antykomunizmu nabawiłem się w wieku lat kilkunastu i nie wyleczyłem się z niego do dziś. Za książkę "Jak pokochałem Adolfa Hitlera" moja sfrustrowana matka chyba mnie wydziedziczy, a na pewno przynajmniej wyklnie. Już to zapowiedziała. Ona Hitlera nie lubi, bo w czasie II wojny światowej miała "przyjemność" z Niemkami z BMD - takiej specyficznej kobiecej organizacji. Hitlerowskie młode aktywistki między innymi nie pozwalały mówić po polsku.
U ludzi najbardziej sobie cenię lojalność. I coraz bardziej nienawidzę żądzy pieniądza, gdyż widzę, jak stający się bogiem pieniądz niszczy w nas uczucia wyższe.
Wrocław WroclawWrocław Wroclaw
Wrocław, Wroclaw, zadymy, bijatyki, zadyma, bijatyka, bójka, tatuaże, tatuaż, tattoo, skinhead, skate, punk, vale tudo, karate, k 1, boks, walka Wrocław Wroclaw Wrocław Wroclaw Wrocław Wroclaw
Pierwsza wyprawka artykuły cišżowe